piątek, 2 listopada 2012

Rozdział 1:

,,Ogarnij się''- pomyślałam.
   Przecież i tak ich cały czas nie było. W przedszkolu, moje pierwsze przedstawienie, ich nie ma bo trzeba podpisać jakis kontrakt. Czwarta klasa podstawówki, dla dzieci w wieku 10 lat jest to coś nowego. Przechodzą z etapu niańczenia przez wychowawczynie w klasie trzeciej, do tej cześci szkoły która do tej pory była dla nich zamknięta. Ich znowu nie było. Nawet nie wiem czemu - chyba poprostu im się nie chciało.
   Wtedy zamiast nich pojawił się mój brat, żeby mnie wesprzeć. Rozumiecie? Cały czas ich nie było. Wydaje mi się, że wraz z bratem byliśmy przypadkami. Wogóle sie nami nie interesowali. Całe moje życie byli nieobecni.
  Chyba nie musze wspominać, że gdy szłam do liceum, też ich nie było. Znowu podporą dla mnie był brat. Przesiedział cała ceremonie rozpoczynającą, pomimo że nie lubi takich nudnych przemówień i tego wszystkiego, a potem wzioł mnie na pizze. Wtedy jeszcze jadłam takie świństwa. Pół roku później wyjechał. Chciał odciąć się od zachowania rodziców, nie mógł patrzeć jak mnie, zapewe, nieświadomie ranią.
   Po jego wyjeździe próbowałam utrzymać z nim kontakt. Jakiś czas się udawało, ale potem zmienił numer, którego rodzice nie chcieli mi podać, bo uznali że ma na mnie zły wpływ.
  W domu też czesto ich nie było, ciągle wyjeżdżali w jakieś delegacje. Byłam już przyzwyczajona, że całe dnie spędzam sama w domu, najczęściej z książkami.
  Całe życie do tej pory mineło mi bez nich, więc może iść dalej tak jakby nic się nie stało. Pomyślałam że dobrze by było dać jakoś Mathowi znać co się stało ale przez brak jakiego kolwiek kontaktu nie miałam jak tego zrobić.
  Dochodziła już godzina 23 więc postanowiłam ruszyć się już z tej łąki. Wstałam i wolnym krokiem dowlokłam się do domu. Telewizor nadal był właczony jak i również światło w kuchni nadal się paliło. Wybiegając z domu nie zwracałam uwagi na takie rzeczy jak światło czy telewizor a nawet drzwi frontowe. Nawiasem mówiąc byłam szcześliwa że okolica była na tyle spokojna, że byłam pewna iż nikt sie nie włamał.
   Wyłączyłam wszystko, zamknełam drzwi i ruszyłam na góre do łazienki. Wziełam dokładny prysznic i założyłam za dużą na mnie bluzke i krótkie spodenki, które służyły mi za piżame. Chwyciałam swoja sukienke i zalałam odplamiaczem, bo była cała zielona od mojego kilku godzinnego siedzenia na trawie. Gdy skończyłam wskoczyłam do mojego wielkiego łóżka i po chwili spałam już po tym dniu niezbyt miłych emocji.
                                                        ---*---
Obudził mnie piękny zapach naleśników. Zaraz... naleśniki?! Ale kto? jak?
Wstałam cicho z łóżka, brałam pod uwage włamywaczy, ale kto normalny włamywał by się do domu i smarzył sobie naleśniki?
  Rozejrzałam się po pokoju, jedyne co przykuło mój zwrok to był kubek. Chwyciłam go - w razie czego oglusze nieproszonego gościa.
  Ruszyłam w kierunku drzwi i wyszłam na korytarz. Spojrzałam w kierunku drewnianych schodów - nikogo na nich nie było. Zeszłam po nich cicho i udałam się do kuchni, bo jak wywnioskowałam z zapachów i szurania, zapewne spowodowanego szukaniem czegos przez nieznajomoego w szafkach, tam wlaśnie się znajdował.
  Nie zapowiedzianym gościem okazał się jakiś chlopak. Miał średniej długości, brązowe włosy. Ubrany był w opuszczone, luźne, kremowe spodnie, białą dużą bluzke i bejzbolówke.Stał do mnie tyłem i tak jak sądziłam szukał czegos w szafce pod zlewem, więc nie byłam w stanie poznać kto to.
   Nie słyszałam wybijania szyby w oknie więc osobnik musiał mieć klucze, a jedyny chłopak który mógłby mieć klucze do tego domu był...
-Math? -powiedziałam cicho i niepewnie.
  Chłopak odwrócił się, a ja na wszelki wypadek chwyciłam mocniej kubek.
-No, hej mała. - uśniechnoł się do mnie mój brat.
-Math! - wrzasnełam i rzuciałam się na chłopaka, przytulając go.
    Nie mogłam uwierzyć, że to on. Nie widziałam go od prawie dwuch lat.
Gdy wreszcie go puściłam aż zataczał się ze śmiechu z mojego napedu radości.
-Chcesz naleśniki? - spytał gy już się ogarnoł
-Nie, dzięki nie jadam śniadań - powiedziałam z lekkim grymasem na twarzy
-Co? - spojrzał na mnie jak na kosmitke - to potraktuj to jak obiad - zaśmiał się znowu
   Spojrzałam na zegar wiszący na ścianie. Dochodziła godzina 14. Zdziwiłam się bo zazwyczaj wstaje nadzwyczaj wcześnie, niekiedy przed świtem
-No dobra- mruknełam i wziełam sobie jednego naleśnika i powędrowałam z talerzem do salonu, na kanape
   Brat ruszył za mną. Po chwili siedzieliśmy naprzeciwko siebie na kanapie.
-Więc...- zaczoł Math patrząc na mnie uwarznie
-Więc...?- podchwyciłam temat
-Więc... Musisz ze mna wyjechać - powiedział i czekał na moja reakcje
    Nie zdziwiłam się. Wiedziałam, że to po to przyjechał. Po śmierci rodziców zostałam sierotą. Jako niepełnoletnia miałam dwa wyjścia:
a) wyjechać z bratem do jego domu
b) spędzić czas do moich 18 urodzin w sierocińcu
    Chyba logiczne  było ze wybieram pierwszą opcje.
-Gdzie?
-Do Londynu
-Na ile?
-Na zawsze?
-Za ile?
-Za trzy dni.
-I tyle mi wystarczy- suśmiechnełam się blado i ruszyłam na góre.

---------------------------------------------------------------------------------------------------
Podejrzewam, że nie mam zbyt wielu czytelniczek, ale te które czytaja ten blog bardzo przepraszam, że tak dlugo nic nie wstawiałam. Powód? 1. Brak weny 2. Lenistwo 3. Totalnie nudne dni w szkole i brak laptopa z powodu ,,nauki''. Tych którzy czytają tego bloga prosze o komentowanie :D. Kolejny rozdział wstawie jaknajszybciej.
-

piątek, 28 września 2012

Prolog.

Był piękny wiosenny dzień. Słońce świeciło i było nadzwyczaj gorąco jak na Polske tej porze roku.
    Ja Katharine Lowe siedziłam na łące nieopodal domu, w białej, długiej do kolan sukience na ramiączkach, która kontrastowała z moimi rudymi, zaplecionymi w klosa włosami.
  Płakałam. Na wspomnienie tego telefonu łzy same kapaly mi z oczu...
  Ale od początku. Tak własnie musiałam wszystko przemyśleć. Po kolei.
 Mam zagraniczne imię i nazwisko po mamie. Pochodziła ona z Angli. Gdy mój tata kiedyś udał się tam w delegacje spotkał ją. Była to miłość od pierwszego wejżenia. Przeprowadzili się tu, do Polski.
Mieliśmy wielki, jednorodzinny dom, otoczony lasem i łąką z jeziorkiem.
Właśnie na tej polance siedziałam teraz i ubolewałam nad swoim życiem.
   Nigdy nie doogadywałam się z moimi rodzicami świetnie jak i z resztą z każdym. Miałam trudny, uparty charakter. Byłam samotniczką. Do szczęscia nie był mi potrzebny tłum znajomych. Tylko kartka i długopis. To było to co kochałam. Spisywanie wszystkich uczuć na papier.
   Tego dnia czekałam na rodziców. Wyjechali w delegacje na tydzień do Paryża. Wstałam wcześnie, gdyż w domu mieli być około 9. Chciałam wcześniej wszystko ogarnąć.
Gdy skończyłam usiadłam w salonie i czekałam ... czekałam i nic. Wybiła godzina 13 a ich wciąż nie było.
Nie odbierali telefonów, nie odpisywali na smsy.
   W końcu około godziny 15 do moich uszu doszły nuty mojej ulubionej piosenki JLS ,,she makes me wanna'', co oznaczło, że ktoś próbuje się do mnie dodzwonić.
Zerwałam się szybko i zaczełam gorączkowo szukać swojej komórki, która jak na złość sie nie chciała znaleść. W końcu dopadłam ja i odebrałam.
- Halo?- spytałam szybko i niecierpliwie.
- Dzień dobry. Nazywam się Smith - odezwał sie znużony i wczerpany głos- Jestem komendantem posterunku policji - zamarłam - Czy rozmawiam z Panią Lowe?
- Tak... - odpowiedziałam niepewnie. Po co do mnie policja wydzwania?!
- Bardzo przykro mi to mówić ale... - tu na chwile przerwał jakby niezbyt pewny mojej reakcji - samolot lecący z Prayża do Poznania rozbił się. Niekt nie przeżył... Z tego co nam wiadomo na pokładzie byli Pani rodzice...?
   Gdy to usłyszałam nie byłam w stanie uwierzyć... Rozbił się? Znaczy, że zostałam sierotą?! Co ja teraz mam zrobić? Jestem niepełnoletnia, nie mam pracy... Ja nawet miesiąca nie przeżyje!
- Halo... halo! Jest tam Pani jeszcze? - Pytał się policjant, zaniepokojony moim milczeniem.
   Ale ja nie byłam w stanie się odezwać.
Rozłaczyłam się poprzez upuszczenie telefony na kafelki w kuchni i nie zważając na nic wybiegłam z domu...


------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej, no to prolog mam już za sobą. Wiem, że beznadziejny ale dopiero zaczynam... Pisszcie szczerze w komentarzach... Nowe rozdziały postaram sie wrzucać co piątek może wczesniej... :D

Bohaterowie:


                                                                  Katharina (Katy) Lowe.
                                          Cicha i nieśmiała siedemnasto latka. Zamknięta w sobie,
                                                       rudowłosa , zielonooka z piegami piękność.
                                              Mama pochodzi z Angli, a tata z Polski, gdzie
                                                                  obecnie mieszka.


Math Lowe.
Jej jedyny brat. Nie utrzymuje z nim kontaktów, 
ponieważ wyprowadził się za granice (do Londynu) mino
wszystko, do czsu gdy
mieszkał w Polsce byli kochającym się rodzeństwem.
Jako jedyny ją rozumiał.

One Direction:

Niall Horan (19 lat) - Irlandczyk, bardzo kocha jedzenie.
                                 Status: wolny
Zayn Malik (19 lat) - zapatrzony w siebie ale przyjacielski    
                                 Status: w zwiąsku z Perrie Edwards
Harry Styles (18 lat) - najmlodszy i najseksowniejszy. Kocha flirtować.
                                  Status: ciągle się zmienia
Louis Tomlinson (21 lat) - zabawny i komiczny. Z nim nie da się smucić.
                                        Status: wolny
Liam Payne (19 lat) -  najrozsądniejszy i najbardziej odpowiedzialny z nich. Zwany ,,Daddy''
                                  Status: w zwiąsku z Danielle Peazer